ZAWÓD: NAUCZYCIEL

Bez tytułuOstatnio byłam na pewnym spotkaniu wśród ludzi, których większości kompletnie nie znałam. W związku z tym nie miałam świadomości w jakim gronie ludzi pod względem zawodowym się znajduję.

Szybko się jednak zorientowałam, że wśród nas jest nauczyciel, bo rozmowa zeszła na temat nauczycielskich wakacji pod hasłem „co-ja-bym-dała-żeby-mieć-takie-długie-wakacje”. Czyli generalnie temat mój ulubiony, który często do mnie wraca i niezmiennie ostro jak w żadnej innej sytuacji podnosi mi ciśnienie. Gdyby nie mój szacunek dla osoby, która mnie zaprosiła jak również szacunek do okoliczności w jakich to spotkanie się odbyło, nie wytrzymałabym i powiedziałabym co o tym myślę. Mogłoby to się jednak skończyć nieprzyjemnie, a tego wolałam uniknąć. Ten temat jednak wraca nie tylko w kameralnym gronie. To ogólnonarodowa dyskusja, która zresztą często kończy się na tym, że każdy i tak pozostaje przy swoim zdaniu.

Nie mogę pojąć dlaczego nasi szacowni obywatele żyją w głębokim przeświadczeniu, że praca nauczyciela jest łatwa, miła, przyjemna i co najważniejsze krótka. Do tego wygodna i nie wymagająca zbyt dużego zaangażowania.

Kiedy słyszę, że my nauczyciele pracujemy TYLKO 20 godzin tygodniowo i w sumie niemal przez trzy miesiące w całym roku mamy wakacje, to włosy mi się jeżą na głowie. Ktoś kto tak mówi NIE MA KOMPLETNIE POJĘCIA o tym, jak wygląda praca nauczyciela, w jakim wymiarze RZECZYWIŚCIE pracujemy i jak wygląda każdy dzień naszego życia. Tak naprawdę o tym jak pracuje nauczyciel najlepiej wiedzą Ci, którzy… mieszkają z nauczycielem pod jednym dachem. (Pragnę zaznaczyć, że używając pojęcia „nauczyciel” mam na myśli ludzi zaangażowanych i twórczych, wykonujących ten zawód z powołania i kochających pracę z dziećmi).

Rozumiem jak to może wyglądać z zewnątrz. Po prostu istna sielanka! Kończymy pracę o 13.00, a później całe popołudnie dla siebie, no ewentualnie dla rodziny. Dlaczego więc tak mało ludzi podejmuje się pracy w szkole?

Wszyscy wiemy, jakie są oczekiwania rodziców wobec nauczycieli. Mamy być permanentnie zadowoleni, uśmiechnięci, usatysfakcjonowani, doskonale wykształceni, doszkalający się i proponujący dzieciom ofertę edukacyjną na najwyższym poziomie. Każdy rodzic oczekuje, że jego dziecko będzie intensywnie się w szkole rozwijać. W pewnym sensie to zupełnie zrozumiałe. Mega ciekawe lekcje, atrakcyjne formy nauczania, regularna ocena postępów wraz z informacją zwrotną, bieżący kontakt z rodzicami, wyrównywanie szans edukacyjnych, zaangażowanie w przedstawienia okolicznościowe, przygotowywanie do konkursów, pełna dyspozycyjność podczas zebrań i dni otwartych, lekcje w terenie, udział w ofercie edukacyjnej poza szkołą, wyjazdy, wycieczki całodniowe i kilkudniowe i co najważniejsze stała uwaga, troska, życzliwość i ODPOWIEDZIALNOŚĆ za zdrowie i bezpieczeństwo podopiecznych. Że już nie wspomnę o nieustającej koncentracji na dobrej atmosferze i samopoczuciu dzieci i ich potrzebach, a także ciągła presja dwudziestu par oczu podążających za każdym Twoim najdrobniejszym ruchem, gestem, słowem, dla których jest się absolutnym wzorem.  Do tego dochodzi kiedyś i dziśplanowanie pracy dydaktycznej z wyprzedzeniem, milion papierów i dokumentów do prowadzenia, bieżące uzupełnianie dzienników, odpisywanie na przyjemne i  mniej przyjemne wiadomości od rodziców. 

TO WSZYSTKO SIĘ NIE DZIEJE W PRZECIĄGU 20 GODZIN TYGODNIOWO!

Czasem wydaje mi się, że nasz dzień pracy trwa 24 godziny na dobę (tak, tak! W nocy też śnią nam się ewentualnie nieudane lekcje, nieprzyjemne uwagi rodziców). Jesteśmy tylko ludźmi, a nie cyborgami. Nawet gdy jesteśmy przy kolacji z rodziną potrafimy zastanawiać się jak ciekawie poprowadzić temat lekcji kolejnego dnia, na zakupach chwytamy materiały, które „mogą się przydać”, a przy generalnych porządkach zapełniamy kufer rozmaitości  pod hasłem „na-pewno-to-do-czegoś-wykorzystam”.

Tak, podejmujemy tę pracę świadomie i odpowiedzialnie, bo chcemy to robić. Lubimy naszą pracę. Nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić, bo generalnie praca w edukacji nie należy do zbyt dochodowych.  To jednak nie znaczy, że należy nas traktować jako podrzędnych wyrobników.

Ja uwielbiam moją pracę. Daje mi mnóstwo energii i satysfakcji. Są jednak rodzice, którzy moje ZAWSZE dobre intencje nastawione na dobro dzieci odczytują jako złe, celowe działanie. Nie mogę tego pojąć i walczę z tym odkąd pamiętam.

sowa 2Skoro nam jest tak łatwo, cudownie i błogo być nauczycielami i jeszcze w dodatku te nasze wakacje są takie długie, to ja bardzo serdecznie zapraszam wszystkich do pracy w szkole. Myślę, że wystarczy tydzień, żeby nas zrozumieć.

Tekst ten dedykuję wszystkim nauczycielom, którzy z dniem wczorajszym wyglądają jak ta sowa obok. Uwierzcie mi, że tak jest. Naprawdę.

Wielki pokłon dla wszystkich moich Kolegów i Koleżanek z branży za kolejny rok niesienia kaganka oświaty! Teraz odpocznijcie, należy się Wam!

DZIKA PLAŻA W NIEPORĘCIE

zdjecie,600,411457,20130804,dzika-plaza-w-nieporecieCzy wiedzieliście o tym, że nad Zegrzem od strony Nieporętu jest tzw. dzika plaża?

My już wiemy. Oczywiście nie jest to nasz (wprawdzie słony ale jednak w miarę czysty) Bałtyk i niemal bielusieńki piasek, ale miejsce w sam raz na jednodniową wycieczkę, kiedy potrzebujecie namiastki wakacji, a nie macie opcji wyrwać się gdzieś dalej.

Jakie są plusy?

- piasek, woda i zabawki do piasku, czyli dla dzieci raj na ziemi

- możliwość relaksu, odpoczynku i zabawy nad wodą

- możliwość skorzystania z bogatej oferty do uprawiania sportów wodnych: kajaki, rowery wodne, skutery wodne, windsurfingu, pływania motorówką 

- plac zabaw dla dzieci i otwarta siłownia

- obecność ratowników na kąpielisku

- dostępność przenośnych toalet i zaplecze sanitarne (natryski)

- alejki spacerowe

Jakie minusy?

- czystość piasku i wody, wprawdzie do uznania (podobno regularnie sanepid ocenia zdatność wody do kąpieli), ale z zachowaniem środków ostrożności zwłaszcza jeżeli chodzi o higienę dzieci

- mimo wszystko dość dużo ludzi i wszechobecny gwar

- muzyka (jeżeli zwłaszcza w pobliżu baru)

- przy plaży jedzenie typowo barowe: kiełbaski i kaszanki z grilla, frytki, zapiekanki i hot dogi, lody i gofry (czyli dla nas dość słabe menu)

- wszechobecny zapach grilla i niestety alkohol

Lokalizacja:

południowe wybrzeże Jeziora Zegrzyńskiego, dojazd ulicą Marywilską i Płochocińską przez Białołękę prosto na Nieporęt. Dokładna lokalizacja na mapie Targeo znajduje się TUTAJ.

Co warto zabrać, o czym pamiętać?

- namiocik/parasol coś do osłony od słońca

- własny leżaczek lub krzesło

- własny koc najlepiej z podszewką wilgotnoodporną

- nakrycia głowy i okulary przeciwsłoneczne

- woda, woda i jeszcze raz woda

- własne przekąski

- dla najmłodszego jeżeli jeszcze w pieluszce – pieluszkę kąpielową

Więcej zdjęć i szczegółowych informacji znajdziecie TUTAJ na stronie internetowej Gminy Nieporęt.

Zdjęcie na początku tekstu pochodzi z TEJ strony.

WYCIECZKI, WYCIECZKI…

koronBędąc w klimacie wyjazdowym w związku z trwającą „czerwcówką” jak również po moich ostatnich osobistych doświadczeniach chcę podzielić się z Wami pewną refleksją.

W mojej codziennej pracy wycieczki z dziećmi to chleb powszedni. Przejazdy przez miasto, do muzeów, teatrów i na lekcje w terenie, jak również pikniki, wycieczki jednodniowe i zielone szkoły. Do tego dochodzą również wyjazdowe doświadczenia harcerskie, ale powiedzmy, że to oddzielny rozdział.

Zazwyczaj jestem albo organizatorem, albo współorganizatorem, bądź częścią kadry opiekuńczej, w każdym razie we wszystkich tych przypadkach – uczestnikiem wydarzeń. Ostatnio jednak po raz pierwszy znalazłam się po tej drugiej stronie, mianowicie rodzica zatroskanego bezpieczeństwem przejazdu, atrakcyjnością programu i troskliwą opieką. Przecież będąc na miejscu w roli opiekuna zawsze mam gwarancję, że osobiście wszystkiego dopilnuję, jak najlepiej zadbam o moich podopiecznych, nikomu niczego nie zabraknie, będą szczęśliwi i pełni wrażeń. A tu… mimo ogromnego zaufania do osoby, której powierzaliśmy nasze dziecko nie opuszczał mnie pewien zupełnie irracjonalny niepokój. Zasadniczo niby wiem jak to wszystko wygląda, więc o co się tu martwić?.

Gdy jednak przyszło co do czego, zauważyłam że wspólnie z innymi rodzicami zaczęliśmy rozładowywać to jednoczące nas napięcie przerzucając się dowcipami. I gdy upewniliśmy się, że nasze dzieci są już zakwaterowane w autokarze, policja kończy wypisywać raport, a kierowca został przez nas pouczony o tym jaki to skarb narodowy będzie wiózł, zaczęło się:

- Każdy widzi swoje? zapytałam tych najgorliwiej machających,

- No coś Ty, machaj! Nie ważne komu, na pewno ktoś odmacha! - usłyszałam w odpowiedzi.

- Panie kierowco, zróbcie sobie może po prostu rundkę wokół Warszawy i wracajcie, co tak będziecie jechać daleko?

- Przepraszam panie kierowco, gdzie w tym autokarze jest skrytka dla rodzica – tajniaka?

- Czy w tym autokarze są kamery?

- Kto podpiął nadajnik z lokalizacją pod podwozie?

A gdy autokar już odjechał…

- Podbiegnę i sprawdzę tylko czy nie jedzie zygzakiem!

- Teraz szybko, trzeba zadzwonić i zapytać pani czy wszystko w porządku!  - Wsiadamy do aut i za nimi!

Zawsze wydawało mi się, że rodzice przesadzają. Pamiętam jaka byłam zdumiona o jakie rzeczy pytali mnie, gdy prowadziłam spotkania przedobozowe dla rodziców moich harcerek. Teraz trochę to rozumiem, ale staram się być racjonalna i nie paraliżować mojego dziecka strachem o jego bezpieczeństwo.

Nie ukrywam jednak, że te doświadczenia matczyne bardzo mnie jako nauczyciela wzbogacają. W końcu być może wkrótce znowu będę jeździć z innymi dziećmi na wycieczki… W każdym razie na dzień dzisiejszy jednego jestem pewna. Zdecydowanie bardziej wolę być jednak po tej drugiej stronie.